Bieda na krechę

Mirosław Pietrzyk
Po upadku gospodarstw państwowych, mleczarń, bibliotek, objazdowych kin, domów kultury, etosu chłopa-żywiciela i ciągłych spadkach cen skupu zboża i żywca, w wiejskim sklepie, jak w zwierciadle odbija się współczesność ...

Po upadku gospodarstw państwowych, mleczarń, bibliotek, objazdowych kin, domów kultury, etosu chłopa-żywiciela i ciągłych spadkach cen skupu zboża i żywca, w wiejskim sklepie, jak w zwierciadle odbija się współczesność polskiej wsi. Jej głównym wyznacznikiem jest bieda.

W wiejskim sklepie pod Janikowem trzech mężczyzn po czterdziestce leniwie popija tanie piwo i nieufnie przygląda się obcym. Pod płotem dwa stare rowery pamiętające czasy Władysława Gomułki. Za ladą stoi właściciel. Na półkach ani kawałka wolnego miejsca: mydła i proszki do prania ustawione obok zeszytów i kredek. Poniżej kosze z pieczywem obok skrzynek z piwem. W lodówce pudełka margaryn i blok białego sera wciśnięte między pęta kiełbasy.

Zwyczajna od rana do wieczora
- Muszę mieć wszystkiego po trochu, bo jak czegoś mi zabraknie, to klienci szybko mnie opuszczą. Z torbami pójdę, jak zaczną w mieście kupować chleb i margarynę na zapas - mówi sprzedawca. - Najgorzej jest z kiełbasą zwyczajną, której na wsi najwięcej idzie. Nigdy nie wiadomo, ile ludzie będą jej potrzebowali. Jak mi w sobotę kiełbasy braknie, to klienci robią szum i wściekają się. Nie wiem, kiedy komuś przyjdzie do głowy grilla robić.

Grill jest teraz modniejszy niż zabawa w pobliskiej remizie. Grillami dymią wszyscy, włącznie z proboszczem. Gdy z niewiadomych powodów grillowania we wsi jest mniej, sklepikarzowi zostaje na weekend pięć kilogramów zwyczajnej, którą cała rodzina konsumuje w różnych wariantach przez cały weekend: a to jako smażoną, a to z jajecznicą, a to z kapustą jako bigos.

- Do sklepu już jej nie wstawię, bo od razu przywlecze się jakaś kontrola - mówi właściciel jednego ze sklepów - a one są takie, że płakać się chce. Dawniej "sanepidy" przyjeżdżały raz na dwa-trzy tygodnie. Teraz, gdy towaru mam dwa razy mniej, bo nie ma kto kupować, to kontrolerów nasrywa jak much.
? Jeszcze gorzej jest z urzędnikami z gminy - mówi inny. - Co jeden to ważniejszy, muszę im się niżej kłaniać niż mnie moi klienci kupujący "na zeszyt". Miesięcznie mam do czynienia z dziesięcioma urzędasami. Z drugiej jednak strony posiadanie sklepu daje duży prestiż, szczególnie wśród niezamożnych mieszkańców wsi.

Zeszytu coraz mniej
Kupowanie "na krechę" jest już na wsi tradycją tak długą, jak okres, który upłynął od upadku pegeerów. Jeszcze do niedawna wiejscy sklepikarze dawali "na zeszyt", bo obawiali się utraty klientów, albo, co gorsza, spalenia sklepu. Teraz się to zmienia.

? Ja na zeszyt daję tylko rzeczy potrzebne do przeżycia - mówi właściciel sklepu w gminie Dąbrowa Biskupia - chleb, margarynę, kiełbasę zwyczajną. Dużym poważaniem cieszą się kości kulinarne wołowe albo z drobiu. Najważniejsza jest tania margaryna. Nie ze względów dietetycznych tylko cenowych, bo wsi nie stać już na masło. Dziennie idzie mi dwie trzy kostki masła i dobrze ponad dziesięć margaryn. Trudno się dziwić, bo masło kosztuje teraz dwa złote, a najtańsza margaryna ponad złotówkę.

Coraz trudniej kupić coś na kredyt. Sklepikarz ze Złotnik Kujawskich, śmiejąc się, mówi:

- Kredyt umarł! Tak wypisywali na swoich sklepach przedwojenni kupcy. Ja tego nie ogłaszam, ale od pięciu lat stosuję w praktyce Jak ktoś chce kredytu, niech idzie do banku, ja jestem za biedny, by go udzielać.

Za to Józef Kapiszka z Inowrocławia w swoim sklepie sprzedaje na kreskę niektóre produkty robotnikom budowlanym, którzy po otrzymaniu tygodniówki regularnie zwracają długi. Nie są one zbyt wysokie. Wie, że jeden z jego kolegów ma bardzo gruby zeszyt wypełniony danymi dłużników, którzy "na krechę" pobrali produkty spożywcze i różnie się z tego rozliczają.

Kultura "zeszytowego" klienta zmienia się w ciągu miesiąca. Przez pierwszy tydzień, gdy mają pieniądze, wchodzą do sklepu jak do salonu na Dzikim Zachodzie. Bez "dzień dobry" kupują chleb, margarynę, kiełbasę i piwo. Jak kogoś stać na piwo, to znak, że może w składce na gorzałę honorowo uczestniczyć, a nie sępić jak żebrak jakiś. Pod koniec drugiego tygodnia robią się grzeczniejsi, zaczynają się kłaniać, a nawet pytać, jak idzie interes. W tym czasie do łask wracają kaszanka i pasztetowa. Piwa już nie biorą, a jeśli, to jedno.
? Gdzieś tak od dwudziestego - mówi jeden z wiejskich handlowców - pełna kultura: "Dzień doberek". "Witam pana kierownika". Wtedy wiem, że nadszedł czas sprzedawania "na zeszyt", czyli wpisywania dłużników do "pamiętnika".

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie