Bydgoszczanin nie mógł się dowiedzieć, czy dziecko miało kontakt z zakażoną lekarką

Ewa Abramczyk-Boguszewska
Ewa Abramczyk-Boguszewska
Czytelnik obawiał się, że syn i on mogli zostać zakażeni koronawirusem
Czytelnik obawiał się, że syn i on mogli zostać zakażeni koronawirusem Łukasz Gdak/Zdjęcie ilustracyjne
- Chciałem tylko mieć pewność, że synowi nic nie grozi - mówi bydgoszczanin. Pukał do wielu drzwi, aby dowiedzieć się, że dziecko mogło zarazić się koronawirusem od lekarki w szpitalu. Z sanepidem w ogóle nie udało mu się skontaktować.

- Byłem w niedzielę, 22 marca, z synem u lekarza w Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym w Bydgoszczy, w ramach opieki nocnej i świątecznej – opowiada bydgoszczanin. - Tydzień później dowiedziałem się z mediów, że u dwóch pracowników tej placówki potwierdzono zakażenie koronawirusem. Bardzo się zdenerwowałem i od razu zadzwoniłem do sanepidu, żeby dowiedzieć się, co mam robić w tej sytuacji. Dodzwonić jednak mi się nie udało. Pojechałem więc do szpitala dziecięcego z nadzieją, że tam uzyskam informację i dowiem się, czy lekarka, u której byłem z dzieckiem jest zdrowa. Niestety, niczego konkretnego się nie dowiedziałem ze względu na RODO. Podjechałem więc na policję, gdzie poradzono mi, żebym zadzwonił do centrum zarządzania kryzysowego. Dodam, że na policji spotkałem się z bardzo dużym zrozumieniem. Z Bydgoskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego skierowano mnie do wojewódzkiego, ale w żadnej z tych instytucji nikt nie mógł mi pomóc. Radzono mi jednak próbować w sanepidzie, tam się nie mogłem nadal dodzwonić, więc w końcu zwróciłem się znów do szpitala dziecięcego. Dopiero stamtąd w końcu do mnie oddzwoniono i dowiedziałem się, że mogę być spokojny o dziecko i o siebie.

Czytaj także

Jak mówi bydgoszczanin, jego przykład pokazuje, że cała procedura w praktyce wygląda zupełnie inaczej niż w teorii. - W telewizji słyszymy zapewnienia ze strony rządzących, że wszystko gra, że mamy zgłaszać się z wątpliwościami do sanepidu. Na własnej skórze przetestowałem, jak to wygląda. Człowiek jest odsyłany z miejsca w miejsce, jeżeli w ogóle uda mu się dodzwonić. Oczywiście, mógłbym teoretycznie odpuścić, ale martwiłem się o dziecko i chciałem mieć pewność, że nic mu nie grozi. Co z tego, że w jednym z miejsc, do którego dzwoniłem dano mi do zrozumienia, że gdyby były powody do obaw, to na pewno już by szukano mnie i syna. Ale przecież taka odpowiedź nie daje żadnej pewności!

Człowiek jest odsyłany z miejsca w miejsce, jeżeli w ogóle uda mu się dodzwonić

Zwróciliśmy się w tej sprawie do Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Bydgoszczy, skąd odesłano nas jednak do Adriana Móla, rzecznika wojewody kujawsko-pomorskiego. Poprosiliśmy go o komentarz w tej sprawie. Od 31 marca czekamy na odpowiedź.

1 kwietnia przed sklepami ustawiały się kolejki - to efekt kolejnych ograniczeń wprowadzonych przez rząd. Mowa m.in. o limicie liczby klientów w sklepach oraz godzinach na zakupy dla seniorów.

Kolejki przed sklepami. Tak wygląda robienie zakupów po wpro...

Podatek od psa

Wideo

Materiał oryginalny: Bydgoszczanin nie mógł się dowiedzieć, czy dziecko miało kontakt z zakażoną lekarką - Gazeta Pomorska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie