Facet z dużymi antenami

Marcin Danielak
- Gdy do Polski przyjeżdża Amerykanin ze stanu Wisconsin, szuka mojego adresu. Odnajduje i przyjeżdża do mnie. Puka do moich drzwi i przedstawia się swoim znakiem krótkofalarskim. Zapraszam go.

- Gdy do Polski przyjeżdża Amerykanin ze stanu Wisconsin, szuka mojego adresu. Odnajduje i przyjeżdża do mnie. Puka do moich drzwi i przedstawia się swoim znakiem krótkofalarskim. Zapraszam go. Może zostać u mnie tak długo, jak zechce. To coś więcej niż sport i więcej niż hobby - opowiada KAZIMIERZ DRZEWIECKI, krótkofalowiec.

- Niech pan zapyta we wsi o faceta z dużymi antenami - instruuje krótkofalowiec, zapytany jak do niego dojechać.

Na jego polu sterczy sześć olbrzymich masztów. Najmniejszy ma 24 metry, największy - 46. Pozwalają na odebranie sygnału z dowolnego miejsca na ziemi. Podobnie jest z nadaniem - K. Drzewiecki może dotrzeć do każdego odbiorcy na kuli ziemskiej.

Możliwości takie dają nie tylko olbrzymie maszty, ale i miejsce ich postawienia. Krótkofalowiec przez dwa miesiące szukał po całym województwie odpowiedniego wzniesienia. Wreszcie znalazł. Po kilku próbach z radiostacją zdecydował się na zakup dziesięciohektarowego pola.

Umowa z żoną

Pasja dorosłego dziś mężczyzny zaczęła się, gdy miał czternaście lat. Na kurs krótkofalarstwa zapisało się sześćdziesięciu nastolatków. Do końca dotrzymało tylko czterech.

- To zajęcie wtedy nobilitowało - wspomina K. Drzewiecki. - Żeby je uprawiać, trzeba było znać obce języki, elektronikę i propagację (zjawisko rozprzestrzeniania się fal radiowych - przyp. red.). W zamian miało się "okno na świat". A przecież wtedy gdziekolwiek wyjechać nie było łatwo.

Sprzęt, którym na początku dysponował krótkofalowiec, był bardzo prymitywny. Robiło się go samemu z tego, co się miało pod ręką. Fabryczny był bajecznie drogi.

Po ukończeniu 15 roku życia, chłopak dostał licencję na nadawanie. Codziennie po szkole, siadał przed swoją radiostacją i nadawał telegraficznie treść artykułów "Gazety Pomorskiej". Kolega, który zasiadał przed swoim radiem, tą samą drogą nadawał teksty z "Ilustrowanego Kuriera Polskiego". Na drugi dzień, przed szkołą, chłopacy wymieniali się zapiskami. Liczyli, kto zrobił więcej błędów. Kilka lat później, na mistrzostwach Polski w telegrafii, na przemian zajmowali pierwsze miejsce. Ówczesny towarzysz pana Kazimierza od telegrafu jest w eterze do dziś, ale nie jest już tak aktywny.

- Ja też zerwałem z radiostacją na trzynaście lat - opowiada K. Drzewiecki. - Taka była umowa z moją żoną. Wiedziała, jaka ta pasja jest absorbująca. I powiedziała, żebym zapomniał o radiostacji, dopóki nie ustatkujemy się finansowo.

Pan Kazimierz poznał przyszłą żonę w... klubie krótkofalarskim. Jedna z firm chciała mieć kontakt radiowy z "resztą świata". Krótkofalowcy go zapewnili, ale postawili warunek: zajmą nieużytkowane domki.

Drewniane budowle powstały z okazji przyjazdu do Bydgoszczy Edwarda Gierka, ówczesnego pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego PZPR. Później stały puste. Dopiero pasjonaci radiostacji doprowadzili je do ładu.
Krótkofalowiec mówi, że przez pewien czas mieszkał w klubie. Dziś spędza przed radiostacją od kilku do kilkunastu godzin dziennie. Zdarza się, że jeszcze więcej.

Mistrz świata

Część domu jest całkowicie podporządkowana pasji. Dwa pomieszczenia są prawie całkowicie "zagracone" sprzętem. Ten jest bardzo drogi. Dobra radiostacja, bez dodatkowego osprzętu kosztuje około 20 tysięcy złotych.

Na ścianach wiszą dyplomy. Wśród nich - trzy najważniejsze: tytuły mistrza świata.
- Najważniejsze jest, by nawiązać jak najwięcej połączeń - wyjaśnia krótkofalowiec. - Rzeczą wtórną jest wymiana informacji. Ważne jest też, by połączyć się z krótkofalowcami z jak największej liczby krajów.

Zawody trwają dwie doby. Regulamin nie określa, ile czasu można siedzieć przed radiostacją. Pan Kazimierz po 30 godzinach kładzie się do łóżka. Śpi dwie godziny. Poza tym, cały czas w fotelu.

Podczas pierwszych mistrzostw żona przyniosła zawodnikowi śniadanie. Później obiad i kolację. Na końcu przeniosła wszystko do kuchni. Jedzenie było nietknięte.
- Najgorsze są ostatnie godziny - tłumaczy krótkofalowiec. - Za sobą ma się dwie doby spędzone w fotelu. Człowiek nie wie, jak ma usiąść. Rozum podpowiada: idź, człowieku spać. Te kilkanaście połączeń, które możesz nawiązać, nie zadecyduje o zwycięstwie. Podczas 48 godzin nawiązuje się ich około sześciu tysięcy.
Mężczyzna chce zdobyć czwarty tytuł mistrza z rzędu. Zawody już za kilka tygodni.

Jak w "Gwiezdnych wojnach"

Krótkofalowcy porozumiewają się specjalnym slangiem. Składa się on ze skrótów z języka angielskiego, w mniejszym stopniu z innych.

- Aby rozmawiać ze sobą na bardziej skomplikowane tematy, trzeba znać już jakiś język obcy, najlepiej angielski - opowiada K. Drzewiecki. - Bardzo przydatna jest też znajomość rosyjskiego. Niestety, młodsze pokolenie nie potrafi się w nim wypowiadać.

Dla laika, głosy dochodzące z radiostacji brzmią jak odgłosy z filmu "Gwiezdne wojny". Człowiek, który nie jest obeznany w nasłuchu, nie potrafi z szumu wyłowić komunikatu.

Dlatego dłuższe siedzenie przed radiostacją to olbrzymi wysiłek dla umysłu. Do mózgu dociera cała masa komunikatów, trzeba umieć je uszeregować. Zdarza się, że po dłuższej rywalizacji, zawodnicy padają nieprzytomni.

Iga Świątek- szaleństwo i wielkie wyróżnienie

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie