Kto zjadł mięso?

Robert Abram
Andrzej P., ksiądz doktor z parafii św. Jana Apostoła w Mogilnie jest podejrzany o fałszerstwo i wyłudzenie kilkudziesięciu tysięcy złotych z mogileńskiego PZU.

Andrzej P., ksiądz doktor z parafii św. Jana Apostoła w Mogilnie jest podejrzany o fałszerstwo i wyłudzenie kilkudziesięciu tysięcy złotych z mogileńskiego PZU. Zeznania w sprawie składał szef jednej ze stacji diagnostycznych, w której miało dojść do poświadczenia nieprawdy. Śledztwo prowadzi Komenda Powiatowa Policji w Mogilnie.

Ksiądz dr Andrzej P. to znana i kontrowersyjna zarazem postać w Mogilnie. Z jednej strony, duchowny jest pomysłodawcą "Europejskiego Centrum Spotkań Wojciech Adalbert?, które mieści się w zabytkowym mogileńskim klasztorze. Dzięki operatywności księdza obiekt został wyremontowany, a parafia jest jedną z lepiej utrzymanych w województwie.

Również dzięki zabiegom księdza doktora powstała kaplica w pobliskiej Dąbrówce. Z drugiej strony, mogilnianie pamiętają o interwencjach biskupa w sprawie jednej z parafianek, którą ks. Andrzej P. chciał usunąć z budynku klasztoru.

Tania sensacja

Jednak naprawdę głośno o księdzu zrobiło się zimą 2001 roku, kiedy to wziął pod swoje skrzydła wikariusza Piotra S. zamieszanego w kradzież tira-cysterny z glukozą (czyn ten miał miejsce 27 maja 2000 r. przy ul. Kardynała Wyszyńskiego w Bydgoszczy - przyp. red). To z polecenia ks. Piotra S. tir został ukryty w stodole u rolnika z Broniewic w gminie Janikowo. Za pośrednictwo w ukryciu łupu wikariusz otrzymał dozór policyjny, który z czasem umorzono.

Gdy sprawa ujrzała światło dzienne, ks. Andrzej P. pośpiesznie zaczął tłumaczyć i bronić wikariusza. Przygotował oświadczenie, które rozprowadził po wszystkich mogileńskich kościołach, chcąc w ten sposób ostudzić emocje swoich parafian, jakie ów temat wywołał.

W oświadczeniu przyznał, że wiedział o problemach ks. Piotra, ale "wyjaśnienia wikariusza wystarczyły, by mu zaufać". Winą obarczył media, które "szukały taniej sensacji". Puentą oświadczenia było powołanie się ks. Andrzeja P. na zasadę starych mędrców, cyt.: "Czy ten, który trzyma kość, na pewno jest tym, który zjadł mięso? ?.

Po wydaniu oświadczenia ks. dr Andrzej P. pozostał w "ewangelicznym milczeniu".

Sarna

W marcu tego roku ks. Andrzej P., jadąc swoim multivanem volkswagen sharane w okolicach Torunia, uderzył w przebiegającego drogę sarnę. Operatywny ksiądz musiał być rozczarowany, gdy okazało się, że odszkodowanie z tytułu ubezpieczenia AC nie wpadnie do jego kieszeni - i to z błahego powodu.

Okazało się bowiem, że volkswagen duchownego nie ma przeglądu technicznego. Poprzedni stracił ważność w styczniu bieżącego roku.

Operatywność księdza doktora miała rzekomo pozwolić na "załatwienie sprawy" i wyciągnięcie z mogileńskiego PZU kilkudziesięciu tysięcy złotych jako zadośćuczynienie za szkodę poczynioną przez sarnę.

"Expressowi" udało się ustalić, że zdarzenie to miało miejsce w połowie marca. O samej kolizji proboszcz poinformował PZU kilka dni po niej, co pozwolić miało na wykonanie przeglądu technicznego auta.

Z dobrze poinformowanego źródła dowiedzieliśmy się, że załatwienie wstecznego przeglądu i odpowiedniej adnotacji w dowodzie rejestracyjnym dokonano w jednej ze stacji diagnostycznych. Właściciel wini za całą sytuację swojego pracownika - diagnostę.

- Nie pamiętam teraz, czy robiono księdzu przegląd, czy też nie. Takich przeglądów jest mnóstwo - mówi szef stacji.

- Czy był pan przesłuchiwany przez policję w tej sprawie? - pytamy.

- Tak, byłem przesłuchiwany - słyszymy po dłuższej chwili milczenia.

- Pamięta pan, co było istotą przesłuchania?

- Panie kochany, ja tego przeglądu nie robiłem, tylko mój pracownik - ucina zdenerwowany szef i kończy rozmowę.

Niewiele do powiedzenia ma też ks. dr Andrzej P.

- Ja nie będę komentował sprawy, dopóki do policji będą docierać anonimowe informacje na mój temat - mówi duchowny. - Powiedziałem, co miałem do powiedzenia.

Sprawa delikatna

- Rzeczywiście, kolizja miała miejsce w marcu - przyznaje Zygmunt Nowaczyk, komendant KPP w Mogilnie. - Sprawa jest bardzo świeża i delikatna. Jeszcze pewne rzeczy trzeba sprawdzić.

Jeśli ks. Andrzejowi P. udowodnione zostanie wyłudzenie pieniędzy i posługiwanie się sfałszowanym dokumentem, może grozić mu nawet do 8 lat więzienia. Natomiast pracownikowi stacji diagnostycznej za poświadczenie nieprawdy grozi kara od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.

Mniej wina w Europie

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie