Mieliśmy broń jądrową. Od nich... [spoza miasta]

Redakcja
Wrota chroniące niegdyś jedną z największych tajemnic Układu Warszawskiego ważą 40 ton. Dziś bez trudu otwiera je pierwszy lepszy strażnik z miejscowego aresztu.

Las. Zwyczajny, polski las iglasty w północno-zachodniej Polsce. Przez ten las biegnie droga. Ma ze trzy kilometry. Droga nie jest zwyczajna. Bo kto w lesie kładzie drogę z betonowych płyt? Płyty już na pewno nie są zwyczajne. Ażurowe i mocne. Ażurowe - żeby w otworach rosła trawa albo inna leśna zielenina. Mocne - żeby bez problemu utrzymały dwudziestotonowy pojazd.

Takiej drogi obcy satelita pewnie miał nie widzieć. Tego, co po niej jedzie - tym bardziej.

"Granit” był pierwszy
W 1965 roku w Polsce odbyły się tajne i - jak się później okazało - nieudane ćwiczenia wojskowe. Celem manewrów było wypracowanie najlepszej i najszybszej metody przetransportowania broni jądrowej ze Związku Radzieckiego do Polski. Transport ten miał się odbywać w warunkach wojny. Musiał być więc bardzo szybki.

Na lotnisku w Debrznie wylądowały cztery radzieckie samoloty szturmowe Su-7b. Do portu w Ustce zawinął cywilny statek, na którego pokładzie znajdowały się ładunki jądrowe. Przewieziono je na poligon w Drawsku i na lotnisko w Słupsku.

Testowano też dwie inne drogi transportu głowic - samochodami oraz koleją z Brześcia do Bornego-Sulinowa.


Czytaj też:Budowo - były ośrodek szkoleniowy dla młodych nazistów


Okazało się, że każda z tych dróg jest zbyt prymitywna i zbyt wolna. Zdecydowano, że składy głowic i bomb jądrowych powstaną w Polsce.

"Granit” to kryptonim pierwszego magazynu, który ZSRR zbudował w Polsce w celu przechowywania broni jądrowej. Powstał już w latach 60. tuż obok lotniska w Szprotawie. Był największy. Trzymano w nim bomby lotnicze. Mało kto zdaje sobie dziś sprawę z tego, że najwcześniejszą metodą atakowania ładunkami jądrowymi wypracowaną w Kraju Rad było zrzucanie bomb z takim ładunkiem z samolotów odrzutowych Su-7b.

Pilotów specjalnie przeszkalano w ZSRR - problem w tym, że musieli jak najszybciej uciekać z miejsca zrzutu. Najlepszą metodą było natychmiastowe poderwanie maszyny i przewrócenie jej na grzbiet podczas pełnego ciągu. Nie wszyscy piloci dawali radę.

Związek Radziecki zbudował magazyn "Granit” i przewoził do niego broń masowego rażenia bez uzgodnień z polską stroną rządową. Tak dziś twierdzi Instytut Pamięci Narodowej.

"Granit” wciąż jest w doskonałym stanie. Nikt go nie rozszabrował. Bo stoi na prywatnym terenie.

Kod 3001
Dwa magazyny wyglądają jak niezbyt wielkie pagórki. Porośnięte drzewami, tyle tylko że przed każdym z nich jest betonowy plac. No i do nich prowadzi ta niezwykła jak na polski las droga. Najlepsze jest to, że w każdym z tych pagórków są wielkie drzwi. Mają grubość 45 centymetrów i ważą po 40 ton.

Tak właśnie wygląda obiekt, któremu w latach 60. nadano kod 3001. Skład głowic jądrowych. Podborsko.

Decyzję o wyposażeniu armii Układu Warszawskiego w nowe taktyczne zestawy rakietowe zdolne do przenoszenia broni nuklearnej podjęto w Związku Radzieckim także w latach 60. Kłopot polegał na tym, że trzeba było zbudować magazyny jak najbliżej jednostek dysponujących takimi rakietami.

W Polsce powołano do życia brygady w Orzyszu, Choszcznie, Biedrusku i Bolesławcu. W dodatku od 1964 roku w Bydgoszczy stacjonował 5. Pułk Lotnictwa Myśliwsko-Szturmowego z samolotami Su-7b.
Dokumentację do budowy magazynów dostarczyła Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej z dowództwem w Legnicy. Inwestycje sfinansowała Polska, ale wyposażenie dostarczyli Sowieci.

Nic dziwnego - zarządzać magazynami mieli wyłącznie oni. Umowa o magazynowaniu tej broni na terenie Polski nosi datę 25 lutego 1967. Podpisali ją Marian Spychalski, ówczesny minister obrony narodowej, oraz Andriej Grieczka, marszałek ZSRR.

Umowa była tajna. Wiedziało o niej tylko 12 osób w państwie. Akcji nadano kryptonim "Wisła”.

Specnaz i psia buda
Na terenie obiektu znajdowały się koszary pododdziałów specjalnych, magazyny i garaże. Centralną cześć obiektu stanowiły dwa identyczne magazyny, oddalone od siebie o kilkaset metrów i ustawione w stosunku siebie pod kontem prostym. Ponieważ owe schrony nie były odporne na bezpośredni atak jądrowy, takie usytuowanie miało zminimalizować ewentualne zniszczenie obu obiektów przez fale uderzeniowa jednego wybuchu. Każdy z obiektów był dwukondygnacyjny.

Magazyny w Podborsku są dziś w znakomitym stanie. Opiekuje się nimi miejscowy oddział aresztu śledczego. Strażnicy mają klucze i mogą otwierać te 40-tonowe drzwi, kiedy tylko chcą. Oczywiście - żaden człowiek nie dałby sam rady - drzwi są napędzane silnikami. Strażnicy otwierają wrota dawnych składów broni jądrowej na przykład po to, żeby tam, gdzie kiedyś warowały głowice nuklearne, zorganizować swoje firmowe Boże Narodzenie. Albo sylwestra. Albo żeby jakiś artysta mógł tam zaprezentować swoje instalacje.

Po otwarciu pierwszych wrót jest przedsionek. Potem drugie - takie same wrota. Za nimi magazyn. Pierwszy poziom - techniczny: dwie suwnice o udźwigu 3 ton, rząd kaloryferów, lampy, trochę grubych rur wymieniających powietrze. Z przedsionka głowice przepychano na wózkach do swego rodzaju „tarasu” gdzie przy pomocy dwóch dźwigów o nośności 3 ton opuszano na niższy poziom pojemniki z głowicami. Sterowniki znajdowały się na barierce odgradzającej „taras” od podłogi hali umieszczonej 3,3 metra poniżej.

Schodami w dół - drugi poziom. Tuż obok głównej hali magazynowej po prawej stronie znajdowały się cztery takie same pomieszczenia z otworami w podłodze do których pojemniki z głowicami jądrowymi były mocowane przy pomocy odciągów. Po lewej część techniczna. Rozdzielnia elektryczna, silnik diesla na wypadek awarii zasilania, omszały i śmierdzący kibel. Pod sufitem kable, każdy z karteczką i numerem. Na ścianie przycisk alarmowy na wypadek pożaru. Lampa z napisem zakazującym wstępu do części magazynowej głowic. Ten drugi poziom znajduje się 3 metry pod ziemią.

Las w okolicy Podborska nie jest już strzeżony. Kiedyś otaczał go płot, teren był najeżony czujkami i patrolami. Dopiero dziś powoli wychodzą na światło dzienne fakty dotyczące ochrony obiektów. Na forach internetowych pojawiają się wspomnienia polskich żołnierzy służby zasadniczej, którzy mieli styczność z magazynami. Wiemy, że każdy z tych obiektów ochraniany był przez siły Specnazu - ponad 120 żołnierzy i 60 oficerów. Były też psy. W Podborsku zachowała się nawet buda dla czworonożnego stróża.


Czytaj też:Na bydgoskich tropach Wunderwaffe


Tajne do końca
Tak samo wyglądały wszystkie radzieckie magazyny głowic w Polsce. Oprócz Podborska znajdowały się one koło Brzeźnicy Kolonii pod Jastrowiem na Pomorzu (kod 3002) oraz w Templewie koło Trzemeszna Lubuskiego (kod 3003). Ich budowę rozpoczęto w 1967 roku. Zakończono 30 stycznia 1970.
Do dnia dzisiejszego w praktycznie nienaruszonym stanie jest obiekt w Podborsku. Jest to swego rodzaju perełka militarna. Pozostałe miejsca w Polsce zostały zdewastowane, zniszczone i w znacznym stopniu rozebrane. Gminy niestety nie znalazły pomysłu na ich zagospodarowanie.

Przeznaczenie budowli było do końca tajne. W oficjalnych dokumentach określano je jako obiekty "łączności strategicznej”.

Autor: Wojciech Mąka, Maciej Kulesza
Tekst ukazał się w Gazecie Pomorskiej 6.05.2011.



TSUE na wojnie z Polską

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie