Mroczne sekrety dawnych zakładów Dynamit AG Fabrik Bromberg. Tej historii i tych zdjęć nie znacie!

Wojciech Mąka
Wojciech Mąka
Martwe od wojny monumentalne obiekty strefy POL-Betrieb dawnych niemieckich zakładów Dynamit AG Fabrik Bromberg powoli stają się wspomnieniem. Teraz to teren Bydgoskiego Parku Przemysłowo-Technologicznego.
Martwe od wojny monumentalne obiekty strefy POL-Betrieb dawnych niemieckich zakładów Dynamit AG Fabrik Bromberg powoli stają się wspomnieniem. Teraz to teren Bydgoskiego Parku Przemysłowo-Technologicznego. Dariusz Bloch
Pod gąsienicami buldożerów znikają ostatni świadkowie mrocznej historii tego miejsca - od wojny przez czasy komuny. Dziś na tereny dawnego bydgoskiego Zachemu z trudem, ale coraz szybciej przebija się nowe.

Dziewiętnastego listopada 1952 roku w nocy Bydgoszczanie zostali wyrwani z łóżek olbrzymią eksplozją dochodzącą z kierunku osiedla Kapuściska. W promieniu kilku kilometrów w domach powylatywały szyby z okien.

Nikt nie wiedział, co się stało. Dopiero opublikowane przez Instytut Pamięci Narodowej zdjęcia oddają ogrom zniszczeń. Na jednym z nich jest kawałek żelbetowego stropu z budynku produkcyjnego. Ważył około sześciu ton, leżał odrzucony na pół kilometra od miejsca wybuchu… Olbrzymia dziura w ziemi – krater o średnicy 80 metrów - pokazuje miejsce, w którym stał budynek produkcyjny. To on wyleciał w powietrze razem z blisko stoma tonami materiałów wybuchowych. Zginęło 15 pracowników, prawie setka została rannych. Od lat w tym rejonie pracowała Wytwórnia Chemiczna nr 9.

Wytwórnia działała na terenach przejętych po dawnej hitlerowskiej fabryki zbrojeniowej Dynamit AG. To właśnie w czasie II wojny zaczyna się mroczna historia tego miejsca.

Zobacz zdjęcia. Robią ogromne wrażenie!:

Na wschodni front

Według niejasnych spekulacji Niemcy już we wrześniu 1939 roku rozpoczęli budowę D.A.G., wykorzystując polskie, przedwojenne założenia. Miejsce na fabrykę materiałów wybuchowych było idealne – niewielka odległość od miasta, z dostępem do wody z Wisły, z doskonałą komunikacją kolejową zapewnianą przez magistralę węglową.

Zakłady miały dwie części – zachodnią Kaltwasser - i wschodnią Brahnau, to dzisiejsze Łęgnowo. Zakłady były gigantyczne, na ich terenie zbudowano 400 kilometrów betonowych dróg i 40 kilometrów wewnętrznych torów kolejowych. Do tego trzeba dodać sieci ciepłownicze i energetyczne, elektrownie, warsztaty, laboratoria… Wokół D.A.G. było kilkanaście obozów dla pracowników przymusowych, jeńców, przy ul. Hutniczej była też filia obozu koncentracyjnego Stutthoff.

Produkcję materiałów wybuchowych na potrzeby niemieckiej armii rozpoczęto w 1942 roku. Szacuje się, że produkowała dwadzieścia procent amunicji zużywanej na froncie wschodnim.

Ołów na podłodze

Zakład był jak na tamte czasy olbrzymi i bardzo nowoczesny, co wcale nie znaczy, że był bezpieczny. Choćby podczas walcowania materiału prochowego bardzo często dochodziło do jego eksplozji. Projektanci budynków starali się maksymalnie zmniejszyć ryzyko katastrofy, po pierwsze rozrzucając obiekty po dużym terenie, a po drugie – stawiając dość specyficzne konstrukcje.

- Obiekty produkcyjne, narażone na eksplozje, miały tzw. ściany wydmuchowe: zbudowano je tak, że z żelbetu były tylko trzy ściany, czwarta to szyby w drewnianych ramach, jak okno – opowiada Jarosław Butkiewicz od lat gromadzący dokumentacje na temat zakładów w Bydgoszczy. - Podczas wybuchu siła eksplozji wyrzucała na zewnątrz tylko lekką ścianę, budynek zostawał. Z wielka ostrożnością traktowano transport gotowej nitrogliceryny z NGL Betrieb, jak wiadomo, bardzo wybuchowej substancji. Między budynkami przesyłano ją rurociągami, swobodnie spływała pod odpowiednimi nachyleniami rur, nie stosowano żadnych pomp. Podłogi budynków wyłożono ołowiem, żeby – np. od upadku klucza czy od podeszw w butach - nie powstawała iskra.

Załoga duchów

Mimo to w D.A.G. ginęli ludzie. Ilu – dokładnie nie wiadomo. Podczas produkcji nitrogliceryny do eksplozji doszło dwa razy – w styczniu i w połowie 1944 roku. Wybuch odrzucił zbrojone ściany na kilka metrów. W strefie produkcji benzenu zginęło siedmiu ludzi – pięciu Niemców i dwóch Polaków. Ile osób zmarło w obozach, nikt nie wie. Kilka lat temu Fundacja „Pomost” odkopała w lesie przy ul. Szpitalnej masowy grób kilkudziesięciu ludzi. Nie jest wykluczone, że to zmarli z pobliskiego, zakładowego szpitala.

Trotyl dla Chińczyka

Rosjanie nadeszli od południa, obecną al. Jana Pawła II. Wszedłszy na zakład przecierali oczy ze zdumienia – instalacje były „pod parą”, tak jakby produkcja wciąż trwała. Tyle tylko, że załoga D.A.G. rozpłynęła się w powietrzu jak duchy - na miejscu już nikogo nie było.

Armia Czerwona potraktowała D.A.G. we właściwy sobie sposób – jako zdobycz wojenną. A to oznaczało grabież. Dokumentację techniczną zapakowano do skrzyń, instalacje metodycznie rozbierano budynek po budynku. Zniknęły nitratory, prasy, walcarki, wirówki, odcinano przewody i demontowano rurociągi. Podobno do ZSRR wywieziono z częściami po niemieckiej fabryce grubo ponad tysiąc wagonów, według niektórych liczba ta sięgnęła nawet półtora tysiąca. Zwolennicy legend powtarzają pogłoskę, że za wschodnią granicą w oparciu o ukradzione w Bydgoszczy maszyny Rosjanie zbudowali częściowo bardzo podobną fabrykę zbrojeniową. Tyle tylko, że nikt nie wie gdzie… [alewy]Tu zaczyna się historia polskiego przemysłu. To, co zostało z dawnego niemieckiego molocha w sierpniu 1945 roku Sowieci przekazali Centralnemu Zarządowi Przemysłu Zbrojeniowego w Warszawie. Państwowa Wytwórnia prochów w Łęgnowie obszarem obejmowała stare niemieckie zakłady. Pozostały po nich budynki, drogi i linie kolejowe. [/alewy] Pod koniec lat 40. założono, że wytwórnia będzie produkować materiały wybuchowe dla górnictwa, potem – z powodu Zimnej Wojny - produkcja miała też trafiać do armii Układu Warszawskiego. Produkowano tu ok. 80 ton trotylu i hexogenu dziennie. Materiały z jednej czwartej mocy przerobowych trafiały nawet do Chin!

W połowie lat 50. uznano, że asortyment zakładów musi zostać rozszerzony, dlatego uruchomiono np. produkcję barwników do tkanin. Mieszkańcy Kapuścisk doskonale wiedzieli, jakiego dnia o jakim kolorze barwnik produkowano. Pracujący na linii, a potem wychodzący do miasta mieli na sobie resztki produkcji: mężczyźni pobarwione ubrania, kobiety zielone, czerwone czy żółte fryzury. Resztki z produkcji barwników było też widać w wielkim kanale ściekowym prowadzącym wody poprodukcyjne do Wisły.

1952 - kolejna wielka eksplozja

Potężna eksplozja, która wstrząsnęła zakładami pod koniec 1952 roku na długo zostanie w pamięci żyjących jeszcze bydgoszczan. W powietrze wyleciał budynek, w którym magazynowano prawie sto ton trotylu i innych materiałów wybuchowych. Piętnaście osób zabitych, osiemdziesiąt cztery ranne to krwawe żniwo tej tragedii. Budynek zniknął z powierzchni ziemi, ponad sto trzydzieści innych zostało uszkodzonych. Nie były to pierwsze ofiary późniejszych Zakładów Chemicznych Zachem. Podczas pokazowego procesu za winnych uznano m.in. dyrektora zakładu, kierownika zmiany i naczelnego inżyniera. Dostali wyroki więzienia.

Do wybuchów na terenie zakładu dochodziło potem jeszcze wielokrotnie – w 1953, 57, 64, 68, 84 i 85 roku. Żadna katastrofa nie była jednak tak tragiczna w skutkach jak ta z 1952 roku.

Fatalny koniec

Historia Zachemu była długa i ciekawa, ale z fatalnym zakończeniem.

Dla pracowników zakładu po wojnie zbudowano bloki mieszkalne na Kapuściskach, przychodnię zdrowia, było nawet przedszkole i szkoła. Powstał klub sportowy Chemik. W latach 70. ub. wieku zakład zatrudniał ponad 7 tysięcy osób! Zajmował pół tysiąca hektarów powierzchni, na jego terenie było 70 km bocznic kolejowych i blisko 200 kilometrów sieci energetycznych. Potrzebną w procesie produkcji solankę tłoczono specjalnym podziemnym rurociągiem aż z odległego o 40 kilometrów Inowrocławia. Wewnątrz otoczonej podwójnym drutem kolczastym i pilnie strzeżonej firmy były ulice z własnymi nazwami i przystanki autobusowe z wiatami dla zakładowej komunikacji, a pracownicy mieli do dyspozycji ośrodki wypoczynkowe w Sopocie i Ciechocinku.

Trwa głosowanie...

Czy pijani kierowcy powinni mieć zabierane dożywotnio prawo jazdy?

Gwóźdź do trumny dla Zachemu

Początkiem powolnego końca Zachemu było utworzenie w 2003 roku jednoosobowej spółki Skarbu Państwa. Trzy lata później za udziały w zakładzie 80 mln zł zapłaciła grupa Ciech, stając się praktycznym właścicielem firmy. Ciech miał inwestować, ale nic z tego nie wyszło. Gwoździem do trumny Zachemu okazała się transakcja z 2012 roku, kiedy Ciech sprzedał na rzecz niemieckiego BASF-a technologię i rynki TDI – to środek stosowany przy produkcji tworzyw sztucznych. Swoją technologię jako jedyny w Polsce miał opracowaną właśnie Zachem. Polskie TDI przestało być potrzebne, a w firmie zaczęły rosnąć długi i mnożyć się zwolnienia. Dwa lata później ogłoszono upadłość Zachemu.

Szyny na złom

Byli pracownicy trafili na bruk, niektórzy, mimo wysokich kwalifikacji i uprawnień, z trudem znajdowali w Bydgoszczy pracę. Zaczął się powolny proces wyprzedaży majątku. Wyprzedaży i kradzieży.

Zachemu już nikt nie pilnował, nie było strażników przy bramach i patroli. Złomiarze wyciągali z ziemi jeszcze stare poniemieckie przewody, cieli palnikami resztki instalacji. Znikały szyny. Obraz tej sytuacji doskonale oddaje fakt, że na terenie dawnego Zachemu uruchomiono… skup złomu.

Bydgoski ratusz przejął od syndyka 9 kilometrów dróg – jeszcze poniemieckich, łatanych czym tylko się dało. Są w fatalnym stanie technicznym tak samo jak sypiący się wiadukt nad magistralą kolejową.

Zachem to jednak nie tylko majątek. Pozostały po nim olbrzymie ogniska zanieczyszczeń – największe w rejonie składowiska „Zielona”. Zanieczyszczone wody gruntowe spływają z jego obszaru w stronę osiedla Łęgnowo-Wieś i dalej, do Wisły. Na razie ma powstać instalacja, która opóźni migrację zanieczyszczeń. Planowano, że system będzie działał co najmniej do 2023 roku, na razie jednak nikt nie widział nawet jego fragmentu.

Niemi świadkowie wojny

Do powojennej produkcji na terenie Zachemu częściowo wykorzystywano poniemieckie obiekty. Te, których nie dało się z uwagi na ich specyfikę wykorzystać, stały puste i zapomniane. Nikt się nimi nie interesował, a spacerujący w przerwach po lesie pracownicy Zachemu nawet tu nie docierali. Tak ocalały potężne betonowe kloce, w których w czasie wojny walcowano materiał prochowy na dawnej strefie POL-Betrieb, ale niemi świadkowie dawnych czasów stali także w strefie NGL-Betrieb, razem z całą infrastrukturą podziemną, nawet niezależną od reszty zakładu kotłownią.

Można powiedzieć, że NGL miał szczęście. W jednej z dwóch schowanych dotąd przed światem linii produkcyjnych za pieniądze z Unii Europejskiej utworzono filię Muzeum Okręgowego w Bydgoszczy. Druga linia jest w tzw. trwałej ruinie, nie można jej oglądać.

Znakiem nowych czasów jest to, co spotkało strefę POL-Betrieb, która praktycznie bezpowrotnie znika z powierzchni ziemi. - Tak zwany „krąg walcarek” skupiał budynki położone w okręgu, był unikatowym terenem na skalę Europy – uważa Jarosław Butkiewicz. - Nie chodzi tylko o specyfikę tych budynków, ale to, że w tym miejscu można było oglądać cały ich, kompletny kompleks.

Zobacz zdjęcia. Robią ogromne wrażenie!:

Idzie nowe

Teraz to teren powstałego w 2004 roku Bydgoskiego Parku Przemysłowo-Technologicznego słynącego z dynamicznego rozwoju centrów logistycznych o oferującego spore tereny inwestycyjne. Od 2005 roku dla obszaru z walcarkami obowiązuje plan zagospodarowania przestrzennego, który obejmuje je ochroną konserwatorską. Już sześć lat temu prezydent Rafał Bruski przedstawił sejmikowi województwa - w ramach strategicznych projektów finansowanych z kontraktu terytorialnego - pomysł na ożywienie turystyczne tego rejonu. Ale bez skutku.

Anna Rembowicz-Dziekciowska, dyrektor Miejskiej Pracowni Urbanistycznej, wyjaśniała: - Miejscowy plan zakłada, że tylko pięć budynków z tego obszaru musi ocaleć, czyli nie mogą zostać wyburzone ani w żaden sposób przebudowane. Co do pozostałych budynków, w porozumieniu z wojewódzkim konserwatorem zabytków uzgodniliśmy nie tyle ich wyburzenie czy zlikwidowanie, a zagospodarowanie.

Dynamicznie rozwijający się BPPT walcarki jednak wyburza, uprzednio wycinając w ich rejonie masę drzew. Ma tam powstać centrum demonstracyjne nowych trechnologii.

- Pamiętam jeszcze niedawno, że można tu było zobaczyć leśne zwierzęta, sarny, wiewiórki, było słychać śpiew ptaków – opowiada bydgoszczanin spacerujący po tym terenie. - Teraz jest cisza. Ale taka jest historia. Idzie nowe.

Często śpią w klatkach schodowych, skąd najczęściej bywają przeganiani. Wielu nocuje w miejscach, gdzie warunki atmosferyczne są szczególnie dokuczliwe. Nie zawsze mogą udać się do noclegowni, bo niektórzy z nich zamiast łóżka i ciepłego posiłku wybierają butelkę... 

Zobaczcie, w jakich warunkach żyją w Bydgoszczy bezdomni  ▶

Głód, deszcz i zimno czyli życie na ulicy. Tak żyją bezdomni...

Sztuczna inteligencja “nie radzi” sobie z hejtem?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie