Rekordziści nie hamletyzują

Marcin Danielak
Gdyby Adam Małysz ważył tyle, co jego rzeźba z białej czekolady, nie uleciałby dziesięciu metrów. Prawie dwustukilogramowy monument naszego skoczka zrobił JANUSZ PROFUS z Bydgoszczy. Teraz rzeźba stoi w gablocie.

Gdyby Adam Małysz ważył tyle, co jego rzeźba z białej czekolady, nie uleciałby dziesięciu metrów. Prawie dwustukilogramowy monument naszego skoczka zrobił JANUSZ PROFUS z Bydgoszczy. Teraz rzeźba stoi w gablocie. Nie nadaje się już do zjedzenia.

- Rekordowej wielkości wyroby cukiernicze są jadalne - mówi Janusz Profus. - Ale jakby to wyglądało, nasz Adaś w kawałkach?

Słodki kanibalizm

Telefon na biurku bydgoskiego cukiernika pracującego w zakładzie Adama Sowy dzwoni nieustannie od poniedziałku. I tak będzie do soboty. Do czasu, gdy w jednym z warszawskim hipermarketów stanie tort. Ma ważyć trzy i pół tony, mierzyć - ponad osiem metrów i składać się z ponad dwudziestu pięter! Niektóre potrzebne składniki to pięć tysięcy jaj, tona cukru i półtora śmietany.

- Zamówienie dostaliśmy w ubiegłą sobotę - opowiada cukiernik. - Mamy mało czasu, a pracy dużo. Trzeba zamówić drzewo w tartaku, zrobić stelaż, kupić składniki, przyrządzić i przewieźć wszystko do Warszawy. Szesnastotonowym tirem. Resztę zrobimy na miejscu. Trzydziestu cukierników będzie z pomocą dwóch wysięgników układało piętra. Łącznie przy robieniu tortu pracuje około stu osób. Starczyłoby dla wszystkich mieszkańców Bydgoszczy!

Jeśli się uda, będzie rekord świata. Poprzedni padł kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych. Pewna młoda para zażyczyła sobie słodki specyfik wysoki na niemal siedem metrów.

Trzyipółtonowy tort nie będzie dla Janusza Profusa pierwszym odnotowanym polskim rekordem.

- Zrobiłem już największą rzeźbę z czekolady (wspomniany Małysz - przyp. M.D.), największy domek z piernika (cztery i pół tony, z pewnością większy niż z bajki o Jasiu i Małgosi), największy tort piętrowy (ponad cztery metry wysokości, jedenaście pięter, 1100 świeczek) - wylicza cukiernik.

Twierdzi, że bicie kolejnych rekordów jest już nudne. No bo ile można? Moda na "gigantomanię" - zdaniem Profusa - trwa od roku milenijnego. Do teraz bezustannie.

Bicie kolejnych kosztuje bardzo dużo. Ile? Cukiernik nie chce zdradzić. Wystarczy jednak zsumować ceny składników, dodać robociznę i kosztorys gotowy. Nie będziemy tego robić, żeby nie zepsuć słodkiego smaku delicji.

- Polacy lubią słodycze - twierdzi Profus. - Olbrzymi domek z piernika, nad który pracowaliśmy przez miesiąc, rozszedł się w godzinę.

Niektórzy, poza apetytem, mają swoiste poczucie humoru. Pewien plastyk zażyczył sobie swoją rzeźbę z ciasta leżącą na krematoryjnym stole. Na własne urodziny. Zaprosił gości i wspólnie z nimi... zjadł własną podobiznę.

Tysiąc Hamletów

W ostatnią sobotę września zeszłego roku na bydgoskim Starym Rynku zgromadziło się ponad tysiąc ludzi. Z ustawionej sceny popłynęły transowe dźwięki muzyki Tomasza Gwincińskiego. Za pulpitem stanął Adam Orzechowski, dyrektor bydgoskiego Teatru Polskiego. Rozpoczął recytację:

Być albo nie być - oto jest pytanie
Kto postępuje godnej: ten, kto biernie
Stoi pod jadłem zajadłych strzał losu,
Czy ten, kto stawia opór morzu nieszczęść
I w walce kładzie im kres?

Tysięczna publiczność powtarzała sfory za wodzirejem. Po raz pierwszy na świecie. Wcześniej nigdy tak wiele osób nie recytowało fragmentu "Hamleta" Williama Szekspira.

- To monolog, którego początek zna każde dziecko - tłumaczy wybór Wojciech Kajak, kierownik Działu Promocji I Marketingu Teatru Polskiego. - Jego treść jest głęboka i poruszająca. Dotyczy człowieka poszukującego swojego miejsca w świecie. Innym powodem jest to, że poza pierwszym zdaniem, cały fragment nie jest dobrze znany.

Zbiorową recytację zorganizował Teatr Polski. "Bicie rekordu świata" - bo pod takim hasłem zorganizowano akcję - otworzyło pierwszy Festiwal Prapremier. Organizatorzy liczyli na zainteresowanie mediów. I się nie przeliczyli, bo happening pokazywała nawet ogólnopolska "jedynka".

- Niektórzy zarzucali nam, że wykorzystujemy sztukę wysoką, żeby ściągnąć ludzi na rynek - wspomina Wojciech Kajak. - Ja się z tym nie zgadzam. Pomysł nie wyrządził nikomu krzywdy. Jeśli kogoś zainspirował do przeczytania "Hamleta", to chwała pomysłodawcom.

Opinie były jednak raczej pozytywne. Byli tacy, co mówili, że takiego wydarzenia w Bydgoszczy jeszcze nie było.

Happening mógł się znaleźć nawet w "Księdze rekordów Guinessa". Nie ma w niej jednak kategorii, pod którą można by go odnotować. A stworzenie nowej byłoby zbyt czasochłonne.

Pod prąd

- Skoro wszyscy pływają z prądem, to dlaczego by nie pływać pod prąd? - zastanawia się Marek Weckwerth, dziennikarz "Gazety Pomorskiej".
Pierwszą rzeką była Brda. Kajakarz zaczął swój maraton z linii Wisły. Do pokonania miał 233 kilometry bystrej wody. W górę rzeki.

- Pamiętam to, jak pierwszy dzień w szkole - wspomina. - Do dyspozycji miałem dwa kajaki. Pierwszy - wywrotny, ale szybki, drugi - stabilny, ale wolniejszy. Gdy płynąłem jednym, drugi jechał na samochodzie "technicznym". Auto prowadził mój znajomy i jednocześnie kierownik wyprawy, Zbyszek Galiński. Podawał mi jedzenie, udzielał wskazówek. Razem z nim jechali sędziowie Polskiego Związku Kajakowego. Czuwali, czy płynę zgodnie z regulaminem, który sam napisałem. Nikt bowiem przede mną tego nie robił.

Pogoda do końca trasy przez Zalew Koronowski była paskudna. Przez cały czas padało. Kajakarza to nie zraziło. Był zdeterminowany i przygotowany na wszystko. Od Nogawicy się rozpogodziło, aura jak na zamówienie.

Po trzech dniach wiosłowania, a dokładnie 64 godzinach i 3 minutach kajakarz dopłynął do celu. W ciągu trzech lat "kajakowej wspinaczki" Weckewerth pokonał pod prąd jeszcze cztery rzeki: Wdę, Gwdę, Drawę i Drwęcę.

- Po dwudziestu latach pływania doszedłem do wniosku, że w ustanawianiu rekordów najważniejsza jest psychika - mówi żurnalista. - Determinacja. Ja się programuję jak komputer. Nie odczuwam bólu. Płynę dalej.

W zeszłym roku ta zaciętość mogła się skończyć tragedią. Kajakarz płynął wtedy Gwdą. Przemierzał jezioro, gdy nagle pojawił się sztorm. Totalne załamanie pogody. Fale wyrastały na kilka metrów w górę. Miały kształt grzyba, zupełnie jak morska kipiel.

Kajak się w nie wbijał. W każdej chwili mógł przewrócić się do przodu. Rekordzista utrzymał go jednak w linii i dopłynął do brzegu.

- W każdym człowieku jest chęć bycia pierwszym - twierdzi Weckwerth. - Nie trzeba odkrywać źródeł Amazonki, żeby zrobić coś nowego. Wystarczy dopłynąć do źródeł jakiejś rzeki. Skoro nikt tam jeszcze nie był, ja mogę być pierwszy.

Dotychczas żaden z kajakarzy nie zmierzył się jeszcze z Wisłą. Weckwerth chce być pierwszy. Oczywiście zamierza przepłynąć rzekę pod prąd. Ale na to potrzeba pieniędzy, około 10 tysięcy złotych, i czasu. No i determinacji.

100 Najbogatszych Polaków „Forbesa” 2021

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie