Tak wygląda codzienność na oddziale covidowym. Opowiada o niej Aneta, pielęgniarka z bydgoskiego szpitala

Adam Willma
Adam Willma
Najpierw dezynfekuje się zmarłego i worek, wkłada się ciało do worka, później do drugiego. W T-shircie i w pampersie. Od tego momentu nikt go już nie zobaczy.
Najpierw dezynfekuje się zmarłego i worek, wkłada się ciało do worka, później do drugiego. W T-shircie i w pampersie. Od tego momentu nikt go już nie zobaczy. Waldemar Wylegalski
Udostępnij:
- Fala w listopadzie i grudniu ubiegłego roku była koszmarna. Na początku naprawdę wszyscy byli przestraszeni, bo nic o tej chorobie nie wiedzieliśmy. Nie wiadomo było jak ją leczyć - o tym, jak wygląda życie na oddziale covidowym w szpitalu w Bydgoszczy, opowiada Aneta, pielęgniarka.

Miłe uczucie, gdy społeczeństwo wam klaskało?
Trochę późno się o tym klaskaniu dowiedziałam, bo to był czas, w którym zajmowała mnie głównie praca, własne zmęczenie i strach [śmiech]. Był jednak taki moment, kiedy rzeczywiście odczuwaliśmy wsparcie. Fala w listopadzie i grudniu ubiegłego roku była rzeczywiście koszmarna. Na początku naprawdę wszyscy byli przestraszeni, bo nic o tej chorobie nie wiedzieliśmy. Nie wiadomo było jak ją leczyć. My, pielęgniarki jesteśmy w o tyle bezpieczniejszej pozycji, że gdy nie wiemy co robić, czekamy na dyspozycje lekarza. Tyle, że tym razem oni sami niewiele mieli do powiedzenia. Do tego w pierwszej fazie brakowało wszystkiego – tlenu, sprzętu. Trzeba jednak przyznać, że wraz z otwieraniem kolejnych oddziałów covidowych, szpital szybko sobie poradził i wyposażono nas w pełni. Lepszą sytuację miały te oddziały, które dysponowały tlenem „w ścianie”, bo z wymiana butli bywały problemy.

Jaka była atmosfera wśród pielęgniarek?
Trudno mi powiedzieć o wszystkich. Pracuję na bardzo ciężkim oddziale, więc nas niewiele jest w stanie złamać, ale gdy pojawiały się dziewczyny z innych pięter, to były w szoku. Część dziewczyn absolutnie nie chciała wejść w to środowisko, inne nie dawały rady fizycznie i psychicznie. Nacisków u nas jednak raczej nie było, a gdy pojawiły się zachęty finansowe i podwójna pensja - problemy z personelem się skończyły.

Jak wyglądał twój pierwszy dzień na oddziale covidowym?
Ulga.

?!
Praca na covidowym była łatwiejsza niż na moim, ale może dlatego, że mam specyficzną perspektywę. Nie dość, że specyfika mojego oddziału jest trudna, to dochodzą do tego jeszcze ciągłe braki kadrowe. Na covidowym obłożenie łóżkami jest znacznie mniejsze, a personelu więcej. U siebie mam znacznie więcej leków do podawania, na covidowym pula tych leków jest bardzo ograniczona. Poza tym, na covidowym po 4 godzinach pracy należą ci się 2 godziny odpoczynku. To ogromny komfort, którego na innych oddziałach nie mamy. Najtrudniejsze na covidowym jest jednak obciążenie psychiczne – widok umierających młodych ludzi. Takich zdrowych do tej pory, bez dodatkowych jednostek chorobowych. No i sposób umierania. W samotności, bez rodziny. Kiedyś na oddziale leżała pacjentka, która nie chciała już żyć, bo wcześniej na covid zmarła dwójka jej dzieci. Mówiłem jej „niech pani walczy”, ale odpowiedziała, że nie ma dla kogo walczyć. I zmarła.

Jak umiera chory na covid?
Tę śmierć w przypadku covidu można zresztą bardzo łatwo rozpoznać. Czasem przywożą pacjenta i pielęgniarki mówią do siebie „wjechał zgon”. Bo to są wyraźne oznaki: funkcja świadomości, parametry, maskowata twarz, usta z największym trudem łapiące „rybki”. Ta choroba jest okrutna i nieprzewidywalna. Często oszczędza starszych, niesprawnych, a zabiera młodych, do tej pory całkowicie zdrowych. Gdy tylko była wolna chwila, siedziałam przy tych umierających i trzymałam ich za rękę. Bo ja też chciałabym, żeby w takiej chwili ktoś trzymał mnie za rękę. Na pewno, gdyby tylko można było, siedziałoby na moim miejscu któryś z najbliższych krewnych. Gdy zamykałam zmarłemu oczy, modliłam się w duchu, dziękując Bogu za życie tego człowieka. Później przychodził lekarz i stwierdzał zgon. Dalej następowało coś, z czym trudno mi się pogodzić. Najpierw dezynfekuje się zmarłego i worek, wkłada się ciało do worka, później do drugiego. W T-shircie i w pampersie. Od tego momentu nikt go już nie zobaczy. Zawsze w takiej sytuacji dławiło mnie coś w gardle, gdy myślałam sobie, że jestem ostatnią osobą, która widzi jego twarz.

Opowiedz o życiu codziennym na oddziale covidowym.
Najtrudniejszy jest pierwszy tydzień, bo personel był najczęściej zlepkiem dziewczyn z różnych oddziałów, które się nie znały. Najgorzej jest w sytuacji nowo otwartych oddziałów, bo nie do końca wiesz co gdzie leży, a często trzeba szukać tych rzeczy w stresie. Dla wielu to jest rzucenie się na głęboką wodę. Dla mnie to było bardzo pozytywne doświadczenie – spotkałam wiele świetnych dziewczyn, którym się chciało i pracowały naprawdę dobrze. Trzeba przyzwyczaić się do 4 godzin pracy w „przebraniu” i to na początku bywa trudne, bo zwłaszcza w cieplejszych miesiącach czujesz jak pot spływa po tobie strumykami. Możesz dosłownie wyżymać rzeczy, które masz na sobie. Ważne jest to z kim wchodzisz na zmianę, bo przez 4 godziny pielęgniarki muszą nadzorować dosłownie wszystko – od EKG po reanimację. Muszą być dla siebie wsparciem. Trzeba pamiętać, że nie na wszystkich oddziałach pielęgniarki na co dzień wkłuwają igły. Tymczasem na covidowym muszą to robić w 3 parach rękawiczek, przyłbicy i w goglach. Znalezienie żyły w takich okolicznościach nie jest proste. Specyfika oddziału covidowego jest jednak taka, że przez jakiś czas może być spokojnie, a później nagle przychodzi załamanie i natychmiast trzeba zaczynać reanimację. Ta reanimacja często jednak nic nie daje, bo jak przywrócić do życia człowieka, który nie ma już płuc? Z czasem dostaliśmy urządzenia do wentylacji wysokoprzepływowej, które tłoczą znacznie więcej tlenu. Myślę, że to urządzenie wielu ludziom uratowało życie.

A respiratory?
To ostateczność. Podłączenie do respiratora jest skomplikowaną operacją, do której potrzebna jest obecność anestezjologa. Owszem, wiem ze słyszenia o osobach, które przeżyły, ale ja takich przypadków nie doświadczyłam. Wiem, że lepiej radził sobie Wrocław, który stosował własną procedurę i miał lepsze wyniki, ale to nadal był bardzo nikły procent.

Jak wyglądał powrót z covidowego na zwykły oddział?
Źle [śmiech]. Myślę, że wiele pielęgniarek poszłoby na covidowy bez dodatkowego wynagrodzenia. Te dwie godziny na wypoczynek są jednak bardzo ważne. Jeśli rzetelnie pracujesz na moim niecovidowym oddziale, naprawdę jest to bardzo wyczerpujące. Zdarzały mi się chwile, że płakałam ze zmęczenia. Na covidowym nigdy tego nie doświadczyłam. Poza tym na oddziale covidowym masz naprawdę niewielką szansę na zarażenie. Jeśli tylko przestrzegasz wszelkich wskazówek, jesteś bezpieczny. U nas nie zaraził się nikt. Co innego na pozostałych oddziałach, gdzie teoretycznie przywozi się jedynie przetestowanych pacjentów. I prędzej czy później pojawia się taka sytuacja, że pacjent był już zarażony, ale test tego nie wykazał, bo wyniki były jeszcze poniżej testowej normy. Po paru dniach widzimy, że ktoś na sali ma problemy z oddechem. Po badaniu okazuje się, że wszyscy w sali są już dodatni. Niektórzy pacjenci sami chodzą do toalety i tam zarażają się inni. No i w taki sposób zaraża się cały oddział. Tymczasem na zwykłym oddziale personel ma tylko zwykłe maseczki chirurgiczne. Poza tym jest jeszcze jedna kwestia – dziś na oddziale mamy znacznie więcej pacjentów w ciężkim stanie. To ci, którzy nie zostali wcześniej zdiagnozowani

Niektóre pielęgniarki skarżyły się na wrogie reakcje sąsiadów. Tobie również się to przytrafiło?
Nigdy. W początkowej fazie pandemii, gdy jeszcze panowała wielka panika, dwie dziewczyny mówiły o takich reakcjach w swoim bloku.

Chorowałaś na covid?
Raz, ale dość ciężko, na szczęście bez powikłań.
Gdy wychodzisz z pracy i spotykasz ludzi sceptycznie podchodzących do kwestii wirusa, jak reagujesz?
Często to dotyczy ludzi młodych, więc myślę sobie o tych młodych, którzy zmarli na moim oddziale. Gdy ludzie czytają codzienne statystyki, są to dla nich cyferki. Dla mnie to są konkretne twarze i konkretne życiowe plany, które nie zostaną już zrealizowane. Pilnuję, żeby moje dzieci nosiły maseczki, również w szkole. Gdy pracowałam na oddziale covidowym, czułam się bezpieczniejsza. Pracując na zwykłym oddziale, nigdy nie jestem pewna co przyniosę do domu. W tej chwili nie chodzę już we własnym fartuchu, ale zostawiam w szpitalu jednorazowym. Na covidowym można było normalnie po dyżurze brać prysznic, na zwykłym oddziale nie ma takiego zwyczaju.

Nie wkurza cię, że ludzie nie chcą się szczepić?
Jestem zaszczepiona, moja rodzina również, ale nie uważam zmuszania do szczepienia za najlepsze rozwiązanie. Natomiast zmuszanie do zachowania dystansu, noszenia maseczek itp. - jak najbardziej. Nie jestem w stanie zrozumieć bezmyślności ludzi, którzy te zalecenia łamią.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Rosja niszczy ukraiński przemysł

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

J
Joanna
Podziwiam wszystkie pielęgniarki, które muszą mierzyć się z tą chorobą... Sama leżałam na takim oddziale i nie mogłam się patrzeć na cierpienie innych, kiedy dochodziłam do siebie. Teraz dbają o mnie dzieci jak tylko mogą. Na urodziny wykupili mi sesje tlenowe w komorze normobarycznej. Co kilka dni jeżdżę do Osielska i się regeneruję. Już czuję się dużo lepiej i mam więcej energii! Jeszcze raz brawa na wszystkich pracowników służby zdrowia :)
Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie